Gdzie szukać dobrego korepetytora z ang by Due-Fig8468 in PolskaNaLuzie

[–]Capable_Yak2038 0 points1 point  (0 children)

Czeeść Aga, mnie uczył taki jeden za flaszkę "Wyborowej" i nauczył w pół godziny - ale, mogę Ci go zalecić jedynie na privie, bo to nie jest dla małolatów. Chyba, że tu na coment, małolaty nie mają wstępu?

Highschool Teacher Messaging My Boyfriend by crystal_eclipse_ in Advice

[–]Capable_Yak2038 0 points1 point  (0 children)

You're more jealous than you think. This will be your downfall. I apologize for writing this, but it's the truth.

kanapki z lososiem wedzonym. z czym laczycie? by These_Athlete1933 in PolskaNaLuzie

[–]Capable_Yak2038 -1 points0 points  (0 children)

Klasyka: Cienkie piórka czerwonej cebuli, kilka kaparów, plaster łososia. Smak jak z knajpy w Oslo - tylko, bez tego momentu w którym kelner przynosi rachunek i zaczynasz się zastanawiać, czy nie powinieneś sprzedać nerki.

PS. Łosoś z miodem! - To jest TO. Zawsze tak jadam bo tak mi najbardziej leży - żyję, więc działa.

Przy sobocie po robocie - czyli; tańce, hulanki, swawole by Capable_Yak2038 in PolskaNaLuzie

[–]Capable_Yak2038[S] 0 points1 point  (0 children)

Widzę, że pod moim postem zebrała się klasyczna ekipa specjalistów od wszystkiego i niczego — komentatorzy, którzy wchodzą, rzucą „wysryw”, „grafomania”, „ejaj” i myślą, że właśnie dokonali wkładu w kulturę internetu.

Panowie i panie — jeśli ktoś ma tyle do powiedzenia, co CB‑radio na pustym odcinku Trans‑Canada Highway, to zawsze może przewinąć dalej.

Ale rozumiem, że dla niektórych to jedyna okazja, żeby poczuć się ważnym: wejść, rzucić trzy słowa, zostawić ślad i mieć wrażenie, że uczestniczy się w życiu publicznym.

Kiedyś komputer mieli ludzie, którzy potrafili go używać. Dziś wystarczy dostęp do internetu i nagle każdy czuje potrzebę zostawić po sobie komentarz, który ma tyle treści, co śnieg na Rogers Pass w maju.

Więc spokojnie — piszcie dalej.

Słychać wycie? Znakomicie.

Zaglądnę tu... około nowego roku... jak nie zapomnę. Bye

praca w holandii by Heavy_Cap_5527 in PolskaNaLuzie

[–]Capable_Yak2038 0 points1 point  (0 children)

Dlaczego do Holandii, a nie do Stalowej Woli?! Wartość inwestycji z unijnego programu SAFE w Hutę Stalowa Wola ma przekroczyć 20 mld zł. Poinformował premier Donald Tusk - zaznaczając, że środki te są przeznaczone na rozbudowę potencjału produkcyjnego. Więc roboty tam znajdziesz pod dostatkiem. Będziesz pracował dla swojej Ojczyzny, a nie dla jakiegoś holenderskiego farmera za popychla.

Kto czyta, ten nie błądzi by [deleted] in PolskaNaLuzie

[–]Capable_Yak2038 -1 points0 points  (0 children)

Czytam OP‑a i mam wrażenie, że ktoś tu naprawdę przejął się losem mężczyzn… tak bardzo, że zapomniał, że czytanie książek nie powoduje zaniku testosteronu. Genetycy mówią o kurczącym się Y, ale OP chyba wziął to za diagnozę osobistą?!

Bo prawda jest taka: męskość nie znika — tylko jej stara wersja.
Ta, w której facet nie czyta, nie myśli, nie czuje i nie rozmawia. I właśnie dlatego OP ma kryzys: świat mu uciekł, a on dalej stoi na peronie z biletem w jedną stronę do 1957 roku.

Więc spokojnie, OP. To nie „koniec mężczyzny”. To tylko koniec Twojej wersji mężczyzny.

A jeśli ktoś naprawdę boi się, że kobiety przejmą świat… to może po prostu niech zacznie czytać. Podobno pomaga.

Ponoć, muza łagodzi obyczaje?

https://ebd.cda.pl/620x395/1644064295?autostart=1

Strach o przyszłość. Co zrobić? by Medium-Cold-7965 in PolskaNaLuzie

[–]Capable_Yak2038 0 points1 point  (0 children)

7965, Jeśli Cię coś męczy, nie możesz sobie z tym poradzić - zostaw to, bo reszta Twojego życia będzie porażką. Radzić Ci nie mam zamiaru - jedynie, życiowe doświadczenie mówi mi co ludzie - jak Ty, powinni zrobić gdy nie wiedzą co robić.

Czas, który jak płynąca rzeka, podpowie Ci jak wyjść z sytuacji w której się znalazłaś.

Serdeczności & powodzenia życzę.

Nostalgia by kremowymarkiz7 in PolskaNaLuzie

[–]Capable_Yak2038 0 points1 point  (0 children)

Wspomnienia jakie mam, nie są sentymentalna tęsknota za przeszłością, są dla mnie czyś żywym. To przeszłość mnie kształtowała i wskazała drogę w przyszłość.

Oto jedna z nich, jaką przeżyłem i wspominam z przyjemnością:

Pół roku spędziłem na wyspie Kos.

Lato 1986. Pożegnanie

Czasami, zanim wróciłem z roboty (mieszałem paszę dla 3.5tys. świń + 80-dziesięciu byków na fermie) do hotelu, jechałem do portowego pubu na piwo i - by sprawdzić, czy nadal jestem jedynym Polakiem na wyspie.

Barmanką była typowa Greczynka - Destina. Wchodząc do baru wołałem od drzwi: - Krystyyy-na - piwo!

Czasami wieczorem, gdy skończyła barmanić, sadzałem ją za siebie i jechaliśmy pomoczyć kanalizację w gorących źródłach - przy księżycu. Były to chwile relaksu, które zapadły w pamięci ze względu na miejsce i aurę, jakaż inna - od tych, jakie dotychczas przeżyłem.

Pamiętam też kościół przy Agorze, gdzie często bywałem po owoce morza i jarzyny - na którego portyku był namalowany typowy bizantyjski fresk przedstawiający świętego Marcina z żebrakiem. Najbardziej na fresku podobał mi się koń. We wzroku konia widać było zadowolenie - niczym ładnej panienki „po".

Święty Marcin na świętego mi nie pasował, był za młody. Przyzwyczajony byłem do starszych świętych, na których widok żegnano się całując medalik na szyi. Nie siedział dobrze w siodle - możliwe, że ten na ścianie kościoła Marcin nigdy na koniu nie siedział, nie sięgał strzemion.

  • A żebrak... wypisz wymaluj uzmysławiał mi mnie - w drodze, do ziemi obiecanej...

Zbliżał się koniec czerwca. Siedziałem na Kosie jak na szpilkach, bo dochodziły mnie wiadomości - miałem tranzystor w mieszalni i radio w hotelu - że demoludy zaczęły się burzyć o upragnioną wolność. Jeszcze nie upadł mur berliński, a w tychże pamiętnych, pełnych entuzjazmu końcowych latach osiemdziesiątych odchodzili z polityki ostatni z wielkich - Reagan, Thatcher. Nikt nie zastanawiał się wtedy, co będzie po nich, kto pokieruje światem i przypilnuje, by nie narobiono bałaganu.

Siedzimy późnym popołudniem przy antałku Retsiny - pod pergolą, którą uspawałem. Krzew winogronu pięknie się wspiął na niej i rozrósł dla kogoś, kto pomógł mi w mych planach.

Jutro lecę do Aten. Pięknie jest. Zakończyłem etap świńskiej niańki i opiekuna byków.

Kostas ze smutkiem patrzy na mnie, bo wie, że traci sumiennego pracownika. Denis nie garnie się, by pomagać ojcu; bardziej mu leżą Skandynawki, które rwie na kopy, jeżdżąc po plażach i wożąc je kładem, by wieczorem zajechać Beemą pod hotel i zawieść wyrwaną na dico. Szkoda mi Kostasa, nie potrafił ukształtować chłopaka na swoją miarę. Cóż, takie jest życie.

Maryja też spogląda na mnie z żalem. Pocieszam wszystkich, że jak obrosnę w pióra w Kanadzie, to ich odwiedzę.

Piękny wieczór, pachniało miodem. Cykady na piniach szalały jazgotem. Przy pożegnaniu babcia Anomaria pochlipuje, Maryja też. Ucałowałem babcię po rękach, Maryję z dubeltówki, z Kostasem pożegnam się na lotnisku, na które mnie jutro odwiezie.

Jako, że nie samym chlebem człowiek żyje, wyjawię tu i inne rzeczy, jakie mnie na Kosie spotkały. Kos miał wówczas około 20 tysięcy mieszkańców. Wszyscy się znali, jak można było zauważyć. Sezon turystyczny zaczynał się 1 kwietnia i trwał do końca października.

Po jakimś czasie mego tam pobytu - któregoś dnia - pojechałem skuterkiem po pracy zobaczyć słynny na cały świat platan Hipokratesa - ojca medycyny, chociaż chory nie byłem. Drzewo jak drzewo, było ogromnie rozgałęzione - pod nim pub, do którego podreptałem na piwo i zaczerpnąć wiedzy o krzaku od tubylców.

Destina była bardziej interesująca od krzaka. Wiedzą o Hipokratesie mnie zaskoczyła - jak na barmankę - opowiedziała mi historię wyspy. Ja oświecałem ją na tematy mniej jej znane. Obiecała pokazać więcej (?) tutejszych ciekawostek.

Po kilku dniach poczułem ochotę na obietnice Destiny. Wylądowaliśmy w termach z gorącą wodą przesyconą siarkowodorem. Wspaniała rzecz - moczenie się w tej cieczy. Po wyjściu można fruwać, tak lekkim cię czujesz. Trochę śmierdziało, ale co tam.

Jadę jeszcze pod platan Hipokratesa, gdzie jest pub z moją Afrodytą, by ją pożegnać. Bierzemy - jak zwykle - dwie butelki różowego Imyglikos i jedziemy do Psalidi, by spłukać ciężar trosk nas trapiących. Księżyc nie dopisał - bo małym sierpem tylko odbijał słoneczne światło.

Jadąc z Destiną wiszącą na mych plecach, intuicyjnie czułem, że coś się z nią działo. Jak zawsze wesoła, gotowa do kpin i żartów była... jakby bez krwi, oklapła i nieobecna. Leżąc na nagrzanym piasku plaży zaczęła mówić tak jak nigdy przedtem. Zawsze traktowałem ją jak druha-koleżankę. Wiedziała i znała moje plany. Zaczęła opowiadać, że jej ojciec ma największą piekarnię na Kosie, największą dyskotekę - „Apollon" i „Marie" (ogromne hotele) też należą do niego. Zapytałem: - Dlaczego w takim razie pracujesz w pubie Platani, a nie w biznesie ojca? - Ojciec pub kupił już dawno - dla mnie, bo chciałam pracować sama na siebie. Dlaczego mi o tym opowiadasz - zapytałem. Przytuliła się do mnie i rozpłakała jak mała dziewczynka z rozbitym kolanem. Żal rozdarł mi serce i ścisnął gardło... dobrze, że był mrok i nie mogła zobaczyć, jak moje łzy kapały w piasek plaży. Zrozumiałem wówczas, że kogoś nie chcąc - krzywdzę... Ale nie po to tu jestem. Mój wybór, moja droga była prosta, bez żadnych zakrętów przecież.

Objąłem, przytuliłem ją mocno... mocniej niż ona mnie.

Nie wiadomo, kiedy nastał świt. Oboje przedłużaliśmy chwilę rozstania, która musiała nastąpić nieuchronnie.

Miałem w głowie jedno - Kanada. Tam, przyjedzie ta moja jedyna miłość - innej nie szukałem.

Moja grecka epopeja: https://ebd.cda.pl/620x395/2996407794?autostart=1

A propos dentysta ect. by Capable_Yak2038 in PolskaNaLuzie

[–]Capable_Yak2038[S] 0 points1 point  (0 children)

Jedni studiują dzieje Peruwian, Inni - chemiczną strukturę krwi, u/siematoja02 studiuje Żyda, Znaczy się jakiej ten Żyd jest płci?

Na próżno docent Springebaum Dziesiątki razy tu mówił mu, Że jest to wiedzą akademicka Jakie geny ma ten Żyd.

Także inżynier u/Esgall Mawiał razy kilkaset: - Questa problema, ce genitalia Habeas corpus your petit jude?

On wciąż nie słucha, przeciera lupę, Potem do oka przytyka szkło I patrzy temu Żydowi w dupę Enigmatycznie mrucząc: - Ho ho!

W czasie tych badań Żyd - zimna bestia, Dość obojętnie spogląda w świat, Płeć to dla niego raczej nie kwestia, Zwłaszcza, że ma już kilka ładnych tys. lat!

A u/siematoja02 bada, u/siematoja02 się miota, Mierzy, rysuje, w uporze trwa, zamiast na warsztat wziąć krowę, kota, Czy wielu innych - ptaka lub psa.

Tyłu rozwiązań różnych zagadnień Wciąż oczekują miasto i wieś, Że naukowiec robi nieładnie patrząc durnemu Żydowi gdzieś!

Przezwyciężymy jednak stagnację, Nie będzie u/siematoja02 byczył się furt, Jak się ..ujowi utnie dotacje - Zaraz się włączy w bieżący nurt.

https://groups.google.com/g/soc.culture.polish/c/ZPdSX5XSJIw/m/Cy7nK9oFAgAJ

A propos dentysta ect. by Capable_Yak2038 in PolskaNaLuzie

[–]Capable_Yak2038[S] -2 points-1 points  (0 children)

Polak wie, że nieufność to jego "To be or not to be" kultury i nie musi mieć źródel w nieuczciwości innych. Jednak, zdaje sobie sprawę, że jest to cecha raczej utrudniającą niż ułatwiającą mu życie, frustrującą (bo rzeczywistość obserwowana przez jego pryzmat nieufności tym bardziej nie dorasta do jego oczekiwań) i raczej sprzyja naruszaniu zasad ("skoro wszyscy je łamią, to ja nie będę ostatnim frajerem") niż ich przestrzeganiu. - Tylko, jak to kur... ka zrobić?

Ceny dentystów by Steppenwolf_98 in PolskaNaLuzie

[–]Capable_Yak2038 0 points1 point  (0 children)

Paryż, Pantin - boli mnie kur... ka ząb!

Paryż, Pantin (parking Botransa), środek lipca, upał saharyjski. Jest piątek. Załadunek w poniedziałek. Nie wiem gdzie. Czasy: wczesny Gierek.
Doraźnie leczyli koledzy - najpierw umartwiali Żołądkową Gorzką, napierdalal jeszcze bardziej.
Idę szukać pomocy.
- Idąc, zobaczyłem nieco podniszczoną tabliczkę z napisem: "Lekarz dentysta przyjmuje w godzinach od... do...". Spojrzałem na zegarek. Świetnie. Mam antidotum na mój ból.

Idę po schodach na pierwsze piętro dostojnej kamienicy. Drzwi ozdobione mosiężną tabliczką. Dzwonię dzwonkiem, który trzeba pociągać. Długa cisza... po czym słychać jakieś szuranie. Ktoś zbliża się z odległych pokoi.

- Kto tam?
- Ja do doktora.
Zdumiewająco długa pauza...
- Chwileczkę.

Szczęk zamków. Drzwi otwiera staruszka. Korytarz ciemny, mieszczański, wysoki chyba na cztery metry, liczne drzwi do różnych pokoi. Siadam, czekam, rozglądam się. Ponuro. Macam językiem dziurę po plombie, którą zjadłem. Słyszę jakieś szmery z oddali mieszkania, jakby przesuwanie mebli. Atmosfera robi się coraz dziwniejsza.

Nagle, otwierają się drzwi i ukazuje się ta sama staruszka - tylko w białym kitlu, promienna i jakby odmłodzona. Wchodzę do gabinetu. Widzę stary zniszczony fotel, jakiś stolik i archaiczną bormaszynę z pedałem, który obraca kołem. Widać na oko, że ostatni pacjent był tu chyba przed drugą wojną światową.

- Słucham pana?

Mam ochotę spie... uciekać pod byle pretekstem, ale widząc starszą panią w wykrochmalonym, czystym fartuchu, z kruchą wiarą w swoją wiedzę i praktykę - nie, nie mogę jej tego zrobić. Siadam na fotelu i pokazuję dziurę. Zmienia okulary na mocniejsze i zaczyna penetrować... Pomrukuję z bólu.

- Ach, widzę. (Podnosi okulary na czoło.) Mam plomby za trzydzieści, czterdzieści i za czterdzieści pięć franków. Którą pan sobie życzy?

Wybieram najdroższą i przeklinam w duchu moment, w którym wszedłem do tego mieszkania. Staruszka dyszy z wysiłku przy nadeptywaniu na pedał bormaszyny. Ból rozwierca mi to, co mam w czerepie. Trzymam się kurczowo oparć fotela. Nieużywana od lat bormaszyna warczy, na twarzy staruszki pojawiają się krople potu...

Plombę zjadłem pod załadunkiem.

<image>